Jestem tu już 4 tydzień i ani razu nie widziałam, żeby ktoś
komus okazał brak sympatii, zdenerwowanie albo agresję. Tu się po prostu
wszyscy, ale to wszyscy lubią. Nie ma hierarchii czy czegoś w tym rodzaju.
Nie wiem czy to
kwestia temperamentu usposobienia, wychowania czy kultury tego kraju. Tutaj po
prostu wszyscy się LUBIĄ. Przytulają, uśmiechają, żartują, klepią po plecach.
Studenci z nauczycielami, doktorzy z profesorami. Wszyscy są po imieniu. I nas
też traktowali jak swoich już po kilku dniach pobytu. I widać, że nie wiedzą
jak mogłoby być inaczej, tak już jest i koniec.
Nie ma barier, i uświadomiłam sobie że u nas w Polsce te
bariery SA tak naprawdę sztuczne. Bo przecież wszyscy jesteśmy równi, jesteśmy
ludźmi. O ile milej się żyje w takich warunkach jak tutaj. Czuję się skąpana i
oblana przyjaźnią jak jakaś wisienka w syropie z konfitury. Aż się chce
przychodzić do pracy, chce się tam być. Już zawsze, codziennie.
Nie wiedziałam że można nie dostac opieprzu jak się zmarnuje
całą dawkę szczepionki.. A dziewczyna dzisiaj której zastrzyk się nie udał
nawet się nie zestresowała.
Bo po co się stresować? Sami to sobie nawzajem robimy. Sami
tworzymy kwaśną atmosferę. Zupełnie bez sensu. Nie można tak jak tutaj? Przecież
to strata zdrowia i czasu. Przecież bycie bezpośrednim i pełnym uprzejmości
jest łatwiejsze. Dajesz cos takiego i w zamian masz to samo. Wtedy przychodzi
to bardzo łatwo, naturalnie, tak jak powinno być. I o ile przyjemniej się żyje.
Aż do dziś.. Ale i tak nie było to wszystko na poważnie. ;)
Widziałam pierwszą „kłótnię” trzech specjalistów: ortopedy,
położnika i chirurga. Kłócili się o to jaka technika szycia psa po laparotomii
jest najlepsza.
I scena wygląda tak:
Trzech dorosłych facetów, dwóch wysokich i młodych, jeden
bardzo niziutki i stary w okularkach. Podskakują, piszczą, krzyczą, unoszą się
i mówią swoim śpiewnym włoskim językiem. Gestykulują na dwa metry trzymając w
rękach narzędzia chirurgiczne a pomiedzy nimi leży znieczulony pies nieswiadomy
całej akcji i tego że to chodzi właściwie o niego. Oraz zdezorientowana
milcząca Daria, która była ich instrumentariuszką o w całym zamieszaniu
zapomnieli ze tak właścwie to miała asystować.
I każdy ma inne zdanie, bo jest wyspecjalizowany w czym
innym i uczył się też czego innego ze względu na swój wiek.
Ich problemem był wybór nitki i rodzaju szwu. Zajęło im to
ponad pół godziny, wytykali sobie, ale tez się śmiali przy tym, pies lezał na wziewce więc nic nie szkodzi.
Trzeba było dojśc przecież do jakiegoś rozwiązania jak go w końcu zszyć. W ten
sposób zwykła strylizacja ze zmumifikowanymi płodami w środku trwała 1:15 h
zamiast 15 min. Ale warto było tyle stać J
![]() |
| Italy's anatomy. |
![]() |
| jestem baba ryba ;) |
![]() |
| =^..^= |
![]() |
| turystyczna |
![]() |
| żeby nie było ze nie pracuję |





przestałaś pisać :( a ja akurat trafiłam na bloga. pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń